Cztery miesiące wcześniej
Obudziłem się znudzony jak zwykle, zmęczony jeszcze bardziej. Gdy otworzyłem oczy, cały spokój który był we mnie, zniknął, ulotnił się w jednej sekundzie.
Na szafce przy łóżku zobaczyłem paczkę cameli i zapalniczkę, odpaliłem jedną fajkę i wstałem. Podszedłem powoli do wielkiego okna i rozsunąłem długie, ciemnogranatowe zasłony. Blask jasnego słońca lekko mnie oślepił.
Nagle ciężkie, drewniane drzwi otworzyły z lekkim skrzypieniem. Zobaczyłem w przejściu swoją Matkę.
-Nate mógłbyś się ubrać! -powiedziała, ledwo wchodząc do mojego pokoju.
-Cześć mamo, miło Cię widzieć. -powiedziałem sarkastycznie. -Wiesz mogłabyś pukać przecież nie wiadomo co mógłbym robić. -zaśmiałem się mocno.
-Śniadanie gotowe durniu. Pośpiesz się bo spóźnisz się na egzaminy klasyfikujące. -Odwróciła się na pięcie i wyszła z rozbawionym wyrazem twarzy.
-Tak, tak, jasne. -burknąłem, ale chyba już nie usłyszała.
-Czekaj, cooo? jakie egzaminy?! -wybiegłem z pokoju i zawołałem, ale nikt mnie nie usłyszał przez wrzawę która dobiegała z jadalni.
-No cóż, chyba jednak nie zaszczycę swoją osobą egzaminatorów. -pomyślałem.
Podszedłem do szafki przy wielkim drewnianym łóżku i zgasiłem peta. Wziąłem popielniczke, paczkę fajek i ognia i udałem się do łazienki. Kolorystycznie ogranicza się ona tylko do różnych odcieni brązu oraz bieli z czego się bardzo ciesze bo to uspokajające barwy, przynajmniej dla mnie.
Rzeczy położyłem na dosyć sporej mahoniowej szafce przy wannie, po czym odkręciłem kurek z gorącą wodą. Wszedłem ostrożnie do wanny, a po moim ciele rozeszło się przyjemne ciepło, mogłem się w końcu odprężyć. -Po czym niby odprężyć?! Nic nie robiłeś. Odpryskneła mi moja podświadomość.
- Jak nic? Wstałem. Cicho wyszeptałem i zanurzyłem się cały pod wodą. Cały czas gapiłem się w śnieżno biały sufit. Takie leżenie, gdzie nie musisz nikogo słuchać, nie musisz rozmawiać jest chyba najlepszą rzeczą w życiu. Nie mogłem jednak pozwolić sobie długo poleżeć, niestety muszę się już zbierać do "szkoły", więc wyszedłem z wanny, przewiązałem biały ręcznik na biodrach i udałem się do mojej garderoby.
Ubrałem białą koszule z emblematem szkoły na piersi, czarne lekko znoszone jeansy, zaś jasnopomarańczowy krawat zawiesiłem na szyi, wsunąłem też na nogi ciężkie czarne buty i poszedłem do łazienki, mokre jeszcze włosy opadały mi na czoło więc je trochę wysuszyłem ręcznikiem, spsikałem się jeszcze moim ulubionym perfumem i zszedłem na dół.
-O Nate, mama zrobiła śniadanie. -powiedział ojciec, drapiąc się po jego lekko siwiejącej niegdyś czarnej brodzie.
-Taa chyba sobie odpuszczę, wiem jak mama gotuje. -odpowiedziałem i zarzuciłem swoją czarną skórzaną kurtkę na siebie.
-Te, zważaj na słowa, może trochę grzeczniej? -ojciec odstawił książkę którą czytał i spojrzał na mnie z pogardą.
-Ej ale są całkiem dobre, co prawda nie takie jak od Rosie ale... -Aaron przerwał zapychając się kolejnym naleśnikiem z syropem klonowym na co mama zareagowała z uśmiechem.
-Tak dokładnie, nie są takie dobre jak od Rosie, ale są w porządku. -skwitował Alan. -Jedziesz motorem?- zapytał jeszcze.
-Nie, przejdę się. -wsiadłem do windy i zjechałem na parter, trochę tu pusto gdy dzieci Rosie nie biegają po holu. Wyszedłem z naszej kamienicy przy siedemdziesiątej drugiej ulicy, od razu usłyszałem piski opon i szum liści, lubiłem to. Przeszedłem na Madison Avenue gdzie znajdowała się jedyna kawiarnia na górnym Manhattanie którą lubię. Viand bo tak się nazywała była malutką kawiarnią gdzie można było wypić świetną kawę lub herbatę i zjeść pyszne śniadanie czy też lunch. Wszedłem do środka i od razu rozpoznałem dziewczynę która stała właśnie za ladą, obsługiwała mnie codziennie.
-Cześć.
-Cześć. -odpowiedziała nieśmiało. -To co zwykle?
-Tak i dwa bajgle do tego. -praktycznie na mnie nie patrzyła gdy składałem zamówienie, wzrok cały czas miała skierowany w dół, dziewczyny zawsze na mnie tak reagują. Spod jej firmowego fartucha wystawał pomarańczowy krawat, zaciekawiło mnie to. -Też chodzisz do Dalton? Nigdy Cię tam nie widziałem. -bylem bardzo zdziwiony, przecież bym ją zapamiętał. -Do której klasy chodzisz?
-Do przed ostatniej.
-Dziwne, bo ja też.
-Wiem, mamy razem Creative writing*.
-Yhym.
Zaskoczyło mnie to trochę, ale zachowałem beznamiętną minę, zresztą jak zawsze. Zapłaciłem i skierowałem się do wyjścia. Na odchodne tylko rzuciłem głupie "powodzenia w testach klasyfikujących".
Gdy wędrowałem sobie pomiędzy tłumami ludzi na Madison Ave zobaczyłem księgarnie na rogu, miałem jeszcze trochę czasu więc wstąpiłem i kupiłem sobie egzemplarz "Zabić drozda" wydaje mi się że była to lektura z dziewiątej klasy, ale nigdy jej nie przeczytałem. Idąc dalej zastanawiałem się, po co ci ludzie tak się śpieszą, naprawdę ich nie rozumiem. Nawet nie zwracają uwagi na to że kolor liści się zmienia i powoli zbliża się jesień. Nie interesuje ich bezpański pies który zawsze rano przebiega przez te ulicę żeby dostać jakieś resztki z dnia poprzedniego z restauracji na rogu. Nie interesuję ich że mały chłopiec się właśnie przewrócił i płacze. Nie zwracają uwagi na nic. -Jak tak można. Westchnąłem do siebie.
W końcu dotarłem na Harlem, wszedłem do jednego z budynków i udałem się na drugie piętro, zapukałem pięć razy i drzwi otworzył mi ogromny mężczyzna, mierzył gdzieś dwa metry a jego barki były prawie tak szerokie jak drzwi przez które właśnie przechodziłem, jego długie jasne kręcone włosy były spięte w kucyk. -Cześć Curtis, gdzie jest Tommy? -zapytałem
-Zaraz zejdzie. -powiedział niskim gardłowym głosem siadając na kanapie, usiadłem obok niego i rozejrzałem się po pomieszczeniu, nic się nie zmieniło odkąd tu byłem, duża kanapa i dwa fotele z czarnej skóry w rogu, ogromny telewizor na przeciwległej ścianie, fortepian przy ogromnym oknie i kominek a do tego wiele obrazów na białych i szarych ścianach, stół przy kanapie, bar i do tego stół bilardowy i taki do brydża, lecz największą uwagę skupiał przeogromny metalowy sejf. Mimo że było tego sporo to wnętrze wydawało się puste przez to że ten pokój zajmował całe piętro.
Spojrzałem na Curtisa, wyciągnął broń z kabury pod pachą i zaczął ją rozkładać a następnie czyścić.
W międzyczasie Tommy zszedł bo krętych szklanych schodach w czarnym podkoszulku i koszuli w ręce w tym samym kolorze, przystanął przy barze.
-Myślałem że po kolejną paczkę mam przyjść dopiero jutro. -powiedziałem do Tommiego i rzuciłem dwa bardzo grube rulony pieniędzy na stół.
Uśmiechnął się lekko. -Zatrzymaj, uznajmy że to część zapłaty.
-Zapłaty za co?
-Masz nową robotę na kilka dni, pobawisz się w bodyguarda.
-Czyjego i po co? -zapytałem ze znudzonym wyrazem twarzy.
-Wyjeżdżam na kilka dni z kraju, wiesz o co chodzi, a akurat moja narzeczona wróciła z Meksyku z dużą ilością towaru, moja dziewczynka się postarała. Ale nie zbaczając z tematu, masz ją wozić gdzie będzie chciała i cały czas towarzyszyć. Rozumiesz?
-Taa, tylko dlaczego ja?
Zaśmiał się mocniej - Bo ci ufam Nate.
-Dobra. -mruknąłem w odpowiedzi.
-Spokojnie, dostaniesz za to jeszcze powiedzmy 3 razy więcej niż zawsze. Masz przy sobie gnata?
-Nie.
-Boże, szlajać się bez broni no wiesz co. -podszedł do sejfu i wyciągnął Desert'a* i magazynek, załadował go i mi podał.
Wyciągnąłem fajkę i już ją prawie odpaliłem jednak Curtis mi przeszkodził.
-Y ym, nie tutaj, chcesz to idź na balkon. -powiedział Tommy.
Ubrał koszule i zapiął mankiety złotymi spinkami. Znów podszedł do baru, wyciągnął studolarówkę i torebkę z białym proszkiem, rozsypał go, ułożył kreskę i wciągnął.
-Jesteś samochodem?
-Nie
-Ja pierdole Nate. -poirytował się jeszcze bardziej. Weź jedno z moich, tylko jak kurwa porysujesz to coś ci się stanie.
-Tak tak.
-A i jeszcze jedno, jak tkniesz moją dziewczynkę to wiesz co się stanie?
-Taa, zabijesz mnie. -Odparłem z lekkością.
-Dokładnie. Jules jeszcze śpi. A jak chcesz sobie trochę poużywać to wiesz gdzie znajdziesz towar. Zawołał Curtisa i wyszedł z nim.
Wstałem i podszedłem do baru gdzie znalazłem popielniczke, zabrałem ją wróciłem na kanapę, rozsiadłem się na niej wygodnie, odpaliłem w końcu szluga, napiłem się jeszcze ciepłej kawy i zacząłem czytać książkę.
*Creative writing - tak zwane twórcze pisanie, jeden z przedmiotów nauczanych w Stanach.
*Desert Eagle - jeden z popularniejszych pistoletów.

Wreszcie znalazłam chwilę, aby skomentować...
OdpowiedzUsuńOd czego by tu zacząć?
Początek rozdziału jest wręcz niewinny. Scena rodem ze spokojnego obyczaju. Ot, spokojny poranek, małe zakupy, przyjemne przemyślenia...
A później BUM. Kto, co i jak? Dalsza część wpisu jest dość niejasna. Kto jest kim, o co chodzi? Autorze/Autorko, zadałeś/aś mnóstwo pytań. Czekam na odpowiedzi! :)
Jules, Curtis, Tommy... więcej ich matka nie miała? Kim oni są? Podczas czytania czułam się tak, jakbym czytała FF Władcy Pierścieni, nigdy nie czytając ani nie oglądając Władcy Pierścieni :/ Jednym zdaniem, mam problem z ,,ogarnięciem" tego wszystkiego.
Tyle, jeśli chodzi o treść. Jestem niezaspokojona i chcę ciąg dalszy...
Co się tyczy błędów... No, przede wszystkim interpunkcja i konstrukcja zdań. Raczej nie ma powtórzeń, za co idzie duuuży plus.
Szykuje się jednak lanie po tyłku za przecinki. Albo ich nie ma, albo są w złych miejscach... Nieładnie! :)
I zdania stokrotnie złożone. ,,Wstałem i podszedłem do baru gdzie znalazłem popielniczke, wróciłem na kanapę, rozsiadłęm się wygodnie, odpaliłem w końcu szluge, napiłem się kawy i zacząłem czytać książke." - tutaj na ,,dzień dobry" widzę mnóstwo błędów. Przede wszystkim, to może być parę osobnych zdań. Często tak długie zdania sprawiają, że autor popełnia mnóstwo błędów. Część z nich może wynikać z tego, że gnasz do przodu... Możesz nie nadążać z wciskaniem klawiszy - ,,książkĘ", ,,rozsiadłEm", ,,popielniczkĘ".
A teraz się usprawiedliwiam - nie hejtuję, a błędy wytykam tylko i wyłącznie dlatego, iż mi się opowiadanie podoba i chcę, abyś pisał/a je jeszcze lepiej. Nie słodzę. Wyczuwam interesującą fabułę oraz niemały potencjał ;)
Gorąco pozdrawiam i życzę duuużo weny,
Sarabeth M.
A ja nadal po prostu czekam na następny rozdział... :(
OdpowiedzUsuń